Odkrycie roku czyli zaginiony brat Tonyego Levina
- Etykiety:
- Galerie:
Minigaleria
Oto moi drodzy co wczoraj odkryłem. Włączyłem sobie na sen Diunę (bo film nudny, kiczowaty i długi choć klimatu mu odmówić nie można) i ku mojemu zdziwieniu prócz rudego Stinga w kosmicznych majtkach film ma jeszcze jednego basistę w obsadzie! Jest nim ŁYSY ZE STAR TREKA! Poznajecie dziwnie ucharakteryzowany instrument? :) Polecam posłuchać co na nim wyczynia (w mojej 3godzinnej wersji jest to ok 1:22, nie wiem jak to się ma do 4 i legendarnej 7godzinnej wersji:) ) Jeśli odkryjecie coś podobnego podzielcie się tym na forum :)
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać
Aż muszę ten film obejrzeć!
Robiłem kilka podejść i nie dałem rady :D
Mowa o tym kawałku:
Co do opinii o filmie to się zgadzam, ale lubię go i oglądałem już kilka razy. Klimat, a szczególnie charakteryzacja postaci i scenerie kopią dupę, polecam.
Odznaka za całokształt wysiłków i zasługi dla społeczności basufkowej

Żeby muzyka bardziej wkręcała.
to jest zaginiony brat ryszarda rynkowskiego ;]
Musiałem to odkopać, jam session wszech czasów:

To nie jest Łysy ze Star Treka, tylko Koleś-na-Wózku z X-Menów.
Fajnie gra.
Klonky to słoneczko jest nierówne
po pierwsze primo: odgrzew - wiem
po drugie primo: jako fan Dune i literatury Franka Herberta wiem, że ten instrument nazywa się basetla.
..no i po primo numer trzy: MrMiś - solidna robota w fotoszopie. Ładny i ostry obrazek - jak na screen z filmu.
po pierwsze primo: odgrzew - wiem
po drugie primo: jako fan Dune i literatury Franka Herberta wiem, że ten instrument nazywa się basetla.
Odkopię by napisać że również urzekła mnie opowieść o Arrakis. Uważam, że jest niedoceniona i wg mnie zjada bajeczkę Star Warsów na śniadanie. Opowieść ta powinna być porządnie zekranizowana np przez twórców Avatara z wypasionymi efektami... Byłaby to kinowa massakra z czerwiem w roli głównej! :)
Wertey, nie wiesz o czym mówisz ;P.
Alexandro Jodorowsky, tyle w temacie ;P.
a soundtrack - Pink Floyd. Wyszedł z tego oczywiście h*j wielki :)
Anyway, porażka "Diuny" prawie wykończyła karierę Lyncha. Gdyby nie druga szansa - "Blue Velvet", to byłaby kicha i świat nie zobaczyłby nigdy "Wild at heart".






Aha zapomniałem dopisać, że przepraszam wszystkich, których obudziłem w środku nocy żeby się pochwalić odkryciem ;D
Przyjmę paczkę słonych paluszków lubelskich, dobrze wypieczonych oraz każdy niepotrzebny dywan.